Dzień 5 środa

Noc przy rzece, Akuryeri (Arequipa) Godafoss, kratery, śmierdzące źródła, wichura w piekle, Detifoss, podróż w nocy w stronę wschodu i słońca.

 

7h30: pobudka! Dziś naprawdę nie chce się wyłazić ze śpiwora. Jest wyjątkowo zimno. Co z resztą doskonale widać za oknem. Na zewnątrz wszystko jest malowniczo oszronione. Dobrze, że Milena dała nam tę grubą kołdrę, bo byłoby bardzo nieprzyjemnie, a i tak w nocy musiałem sobie obłożyć pośladki wełnianymi skarpetami. W niskich temperaturach śpiąc na brzuchu jest to najbardziej narażone na zimno miejsce. W Argentynie było podobnie, ale mniejsza o to… 😉

Wybieram się na mały rekonesans z aparatem w ręku. Jest pięknie, ale nie strzelam za wielu fotek, bo palce szybko mi drętwieją, a w rękawiczkach nie da się zbyt dobrze operować aparatem. Z oddali uśmiechają się do mnie góry z ośnieżonymi szczytami, niedaleko szumi przepływająca rzeka, wokół zieleń oraz wspomniany już wcześniej szron.

Pora przygotować śniadanie i ruszać dalej w trasę, bo już jest ok 9h. Przez chwilę zastanawiamy się nad jajecznicą, ale ze względu na późną porę i brak warunków do umycia garnka decydujemy się na sprawdzony ryż z jabłkiem i cynamonem. Tym razem dla odmiany ryż jest pełnoziarnisty i jest go więcej, bo ostatnio się nie najadłem.

Po 10h ruszamy dalej w stronę Akureyri, którą przechrzciłem na Arequipę. Jakoś nie mogę zapamiętać nazwy tej „megalopolis” (zdaje się drugi, co do wielkości obszar zurbanizowany na Islandii, a Akureyri to czwarte największe miasto i liczy ok 18tys mieszkańców! Mówię Wam – tłumy! ;))

 

Goðafoss, czyli wodospad Bogów

Niedaleko za Akureyri jest dość spory wodospad Goðafoss, czyli wodospad Bogów. Taką dostał nazwę, ponieważ podobno w czasach chrystianizacji wyspy powrzucano do niego islandzkich bożków. Oglądamy chwilę, ale nie za długo, bo czas nagli. Mamy jeszcze sporo do objechania. Kontynuujemy podróż w stronę jeziora Mývatn.

Po drodze odkrywamy jakieś dziwne niby kratery o jak zwykle nie nie do wypowiedzenia nazwie: SKÚTUSTAÐAGÍGAR. Znaki informują nas, że mamy do wyboru dwie ścieżki „easy”, czyli łatwą i „chalanging”, czyli w wolnym tłumaczeniu „dla lubiących wyzwania”. Spoglądamy na siebie i bez chwili wahania, wybieramy… Jak myślicie? – Oczywiście wybieramy trudniejszą trasę. Niestety poza baranami, które i tak przed nami uciekały nie napotykamy za wiele wyzwań. Jedynym wyzwaniem jest to, że droga jakoś nie chce mieć końca. Ptaki, które podobno można tam podziwiać, chyba wszystkie już odleciały do ciepłych krajów… Ostatecznie równie zgodnie po ponad 30minutowym marszu decydujemy się zawrócić. Może coś straciliśmy, ale tego się już nie dowiemy…

 Namafjall, -super śmierdzące źródła

Pogoda się psuje i niestety siarkowe gorące jezioro oraz chwilę później  Namafjall, czyli jak dla mnie super śmierdzące źródła zwiedzamy już w deszczu. Mówiąc śmierdzące mam na myśli naprawdę śmierdzące. Jeśli mieliście kiedyś okazję powąchać islandzki przysmak „zgniłego” rekina… to smród jest porównywalny, ale bardziej w deseń zgniłych jaj.. choć takie zwykłe nasze polskie zgniłe jaja przy  Namafjall to pikuś.

 

Stosunkowo niedaleko jest wulkan Krafla z kraterem wypełnionym wodą. Zwą go Viti, czyli piekło. Pogoda jest straszna. Jest bardzo ciemno, wieje i deszcz siecze niemiłosiernie. Czyli jest dokładnie tak, jak na piekło przystało.  Czekamy chwilę w aucie w nadziei, że przestanie trochę wiać. Czekamy 15 minut. Nie widać zmian. Wydaje mi się, że jest nawet nieznacznie jeszcze gorzej. Decydujemy się ubrać wszystko nieprzemakalne, co tylko mamy i zobaczyć krater. Aby zobaczyć jeziorko wewnątrz krateru musimy się nieznacznie wspiąć. Nie jest to przyjemny spacerek. Deszcz zacina z ogromną prędkością i wali bez opamiętania. Trzeba patrzeć w ziemię, bo każda kropla, która trafia w twarz sprawia ból. Wchodzimy patrząc jedynie pod nogi zapierając się przy tym, bo wiatr się z nami siłuje… Wchodzimy na górę. Tutaj to już tak wieje, że przez chwilę zastanawiam się, czy nie iść na czworaka… Artur zawraca. Ja chcę podejść jeszcze kawałek, bo za wzniesieniem widać ulatującą parę. Jestem ciekaw co to jest. Idę dalej na dwóch nogach, ale dla bezpieczeństwa odsuwam się znacznie od krawędzi. Chwila nieuwagi i to wietrzysko jest spokojnie w stanie wepchnąć mnie do wnętrza krateru. Nie wiem czy wygramolenie się stamtąd w tę pogodę, byłoby ogóle możliwe. Nie mam ochoty sprawdzać, czy dałbym radę. Jeszcze tylko kilka metrów i przekonam się skąd się dymi… Ku mojemu rozczarowaniu widzę elektrownię… Eee… Spodziewałem się czegoś lepszego. Wracam marząc o naszym ciepłym jeepie chroniącym przed tą paskudną wichurą… Chciałem napisać, że wracałem “w podskokach”, ale o podskokach nie było mowy, bo na pewno by mnie zdmuchnęło. Docieram szczęśliwy do auta. Artur już zdążył zdjąć mokre ubrania. Ja biorę z niego przykład i chwilę później spadamy z piekła…

Po drodze kusi nas jeszcze prysznic z ciepłą wodą. Prysznic jest… przy drodze, praktycznie w szczerym polu i woda też ciepła :). Gdyby tak nie wiało, to z pewnością byśmy się wykąpali. Co tam, że każdy przejeżdżający turysta mógłby nas podziwiać. Atrakcja i przeżycie niezapomniane. Niestety jest chyba 10C, a przy tym wietrze odczuwalne jakieś 0C. Z resztą i tak wodę z prysznica wiatr rozdmuchuje we wszystkie strony. Z ciężkim sercem odpuszczamy darmowy prysznic i kulamy się w stronę Dettifoss

Wodospad Prometeusza – Dettifoss

Jest. Dotarliśmy do Dettifoss. To właśnie tu była kręcona słynna scena z Prometeusza i dlatego właśnie na „Prometeusza” przechrzciliśmy tę kaskadę. Przelewają się przez nią tysiące ton wody i podobno jest to największy wodospad w Europie. Nawet pogoda jest w miarę znośna. Od czasu do czasu spadnie kilka kropel, trochę wieje, ale nie ma porównania z pogodą w piekle, więc nie narzekamy. Widoki śliczne, a zachodzące słońce flirtuje z horyzontem ku uciesze naszych oczu…  Najpierw w szarówce a później już w zupełnych ciemnościach jedziemy dalej na wschód. Pogodynka przypomina, że jeśli chcemy ominąć oberwanie chmury, to musimy się przeteleportować nieco na „prawo”.

Jedziemy i jedziemy. Jak na ironię losu, tym razem mamy problem ze znalezieniem miejsca na nocleg. Ostatecznie dostrzegamy jakiś parking. Nie wybrzydzamy. Jest późno i czas spać, bo czeka nas kolejny dzień pełen wrażeń.